
Świetna książka. Należy do tych lekkich łatwych i przyjemnych. W sam raz np. na opalanie w ogódku.
Ustalmy od razu, że lekka nie znaczy zła, zwłaszcza gdy taka właśnie była koncepcja autorki.
Czyta się bardzo dobrze.
Na początku w czterech odsłonach dowiadujemy się o katastrofie samolotu.
Potem akcja się cofa nieco wstecz i poznajemy wydarzenie ją poprzedzające.
Główna bohaterka jest "męczennicą" w swoim małżeństwie. Od lat nie jest szczęśliwa, ale myśli, że tak trzeba i brnie w to dalej. Jaki by mąż nie był, to dobrze, że w ogóle jest i chwała mu za to. No bo przecież najważniejsze jest to, że ją nie bije. Zupełnie tak jakby uważała, że kobieta jest zerem i musi znaleźć sobie jakiegoś mężczyznę - cyfrę która stanie przed nią i nada temu zeru wartość (jest to akurat przykład z "Marty" Elizy Orzeszkowej, ale pasuje jak znalazł.
Tak więc Adela beztrosko poddaje się pradowi rzeki. Robi wszystko, "co wypada", nawet kolację dla teściów co piątek, mimo, że ich nie znosi i wolałaby pójść na imprezę. Do akcji wkracza tarot, wróżka, magia i hmm... przystojny masażysta, do którego bohateka ma przyjemność chodzić co tydzień. Też bym tak chciała ;)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz